IV Męska Pielgrzymka wspólnoty Lew Judy do św. Józefa w Kaliszu.

Relacja z trasy drużyny poznańskiej, 1-5  lipca 2015

Skład drużyny:

  • Michał Talarczyk – dowódca, przewodnik;
  • Tomasz Bilon – obozownik;
  • Mateusz Czekała – przewodnik;
  • Marcin Gołyźniak – sanitariusz;
  • Tomasz Kamiński – sanitariusz;
  • Szymon Napierała – obozownik.

Środa, 1 lipca – dzień pierwszy

Idąc z kilkunastkilogramowymi plecakami do kościoła pw. św. Rocha na poranną Eucharystię, właściwie nie mieliśmy jeszcze pojęcia o tym, co nas w kolejnych dniach czeka. Mieliśmy zaplanowaną trasę z podziałem na odcinki, orientacyjne miejsca noclegu, znaliśmy relacje chłopaków z Torunia, którzy już trzykrotnie odbyli męską pielgrzymkę do Kalisza. Dla nas była to jednak pierwsza taka wyprawa. Nie wiedzieliśmy jeszcze, że choć mamy swoje plany, to Pan Bóg ma na naszą wędrówkę swój własny, lepszy pomysł.

Zebraliśmy się w komplecie o 7.00 i usiedliśmy w jednej z pierwszych ławek. Sprawujący Mszę św. ks. Krzysztof udzielił nam na jej zakończenie specjalnego błogosławieństwa. Po wyjściu ze świątyni odbyliśmy krótką odprawę, odmówiliśmy poranne modlitwy, zapozowaliśmy do pamiątkowej fotografii i, nie zwlekając, ruszyliśmy przed siebie.

Michał zarządził, że pierwszy postój zrobimy po dwóch godzinach, argumentując, że częstsze przerwy nie mają sensu i wybiją nas z rytmu. Dodatkowo, co godzinę, dwie osoby miały zostawać na chwilę z tyłu, by przekazać sobie Pieszczocha – butlę z gazem, którą nieśliśmy ze sobą, by zapewnić sobie możliwość przygotowania ciepłych posiłków. Siły nam od rana dopisywały, pierwszy postój zrobiliśmy nie po dwóch, a po trzech godzinach marszu – za Poznaniem, w Tulcach, pod tamtejszym Sanktuarium Maryjnym. Zatrzymaliśmy się w nim na krótką modlitwę i zostawiliśmy przy okazji wpis w księdze pielgrzymów. Postój miał być piętnastominutowy, razem z modlitwą zrobiło się około 40 minut. Jak potwierdziło doświadczenie kolejnych dni, do przeciągania postojów przejawialiśmy niemały talent.

Ruszyliśmy dalej. Przekroczenie autostrady A2 potwierdziło opuszczenie najbliższego otoczenia Poznania. Droga do Tulec była piaszczysta i wiodła przez tereny leśne, tym razem szliśmy głównie asfaltowymi drogami, na otwartej przestrzeni. Południowe słońce dawało się nam we znaki, ale jeszcze nie na tyle, by spowolnić marsz.

W Koszutach – miejscowości, której nazwa miała później zostać unieśmiertelniona pieśnią, intonowaną przez nas aż do samego końca pielgrzymki – zrobiliśmy zakupy, nabywając między innymi miękkie i chłonne wkładki do butów (bez skrzydełek), które kilku z nas niezwłocznie przetestowało. Byliśmy w okolicach Środy Wielkopolskiej, a słońce przyświecało nam już od zachodu. Nikt poza przewodnikami nie wiedział jeszcze, ile kilometrów mamy tego dnia przejść. Zabieg był celowy, chodziło o to, by zachować morale. Zaczynaliśmy już odczuwać zmęczenie, a do przejścia było jeszcze kilkanaście kilometrów.

Za Słupią Wielką odbiliśmy w prawo, chcąc polną drogą dotrzeć do Strzeszek. Wtedy po raz pierwszy zawiodła nas mapa, którą się kierowaliśmy. Droga, którą planowaliśmy dotrzeć do kolejnej miejscowości, zaprowadziła nas do gospodarstwa, w którym się po prostu urywała. Zmęczenie dawało się nam mocno we znaki, drużyna usiadła na drodze, by odpocząć, a przewodnicy poszli zapytać pracujących w polu gospodarzy o drogę. Okazało się, że musimy cofnąć się i nadłożyć kilometrów. Morale zaczęło wyraźnie spadać, podobnie jak tempo marszu. Przez całą tę sytuację straciliśmy dobrą godzinę, wieczór był coraz bliżej, a trasy nie ubywało.

W Strzeszkach zrobiliśmy nieplanowany postój na przystanku autobusowym. Widać już było z niego las, w którym planowaliśmy nocleg. Choć trzeba przyznać, że był to już drugi, skrócony wariant trasy – przygotowany na wypadek, gdybyśmy nie dali rady przejść zaplanowanego odcinka. Wiedzieliśmy już jednak, że na pewno nam się to nie uda, myśleliśmy już tylko o jak najszybszym rozbiciu obozu w pierwszym nadającym się do tego miejscu.

Po postoju nasze tempo drastycznie spadło – nie szliśmy już zwartą grupą. Zaczęło zmierzchać. Niektórzy z nas, czekając na poboczu na idących z tyłu, klękali i podpierali się rękami, by odciążyć plecy. Następnego poranka mieliśmy usłyszeć od przejezdnych, że widzieli w środę wieczorem klęczących wędrowców, więc wydedukowali, że idzie jakaś pielgrzymka.

Wreszcie dotarliśmy do miejscowości Czartki, gdzie weszliśmy do lasu. Obozownicy zaczęli szukać miejsca nadającego się na nocleg. Niestety, teren był niesprzyjający, a słońce już zaszło. Naprzeciw lasu znajdowały się pojedyncze zabudowania. Dowódca podjął decyzję o tym, by zapytać właścicieli, czy możemy się rozbić na skraju trawnika, przy drodze. Otrzymaliśmy zgodę, proszono nas jedynie o zachowanie ciszy, by nie prowokować znajdujących się w pobliżu psów. Zdecydowaliśmy więc, że nie przygotujemy jedzenia, a jedynie rozłożymy śpiwory, wystawimy wartę i położymy się jak najszybciej spać.

Czwartek, 2 lipca – dzień drugi

Wstaliśmy o 6.00. W końcu był czas na to, by zrobić użytek z Pieszczocha i jako śniadanie zjeść na ciepło wczorajszą kolację. Była też okazja do sprawdzenia w dziennym świetle stanu swoich stóp i rozprawienia się z pęcherzami. Zrealizowaliśmy także program duchowy zaległy z poprzedniego wieczoru. Poszliśmy zapytać goszczącej nas Gospodyni, czy nie moglibyśmy zanieść jej intencji do św. Józefa. Podała je nam ze łzami w oczach. Widzieliśmy, że naprawdę potrzebuje tej modlitwy i jasne stało się dla nas, że nie znaleźliśmy się w tym miejscu przez przypadek. Pożegnawszy się, zrobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcie przy tablicy z nazwą miejscowości i wyruszyliśmy dalej.

Do Murzynowa Leśnego, gdzie planowaliśmy pierwotnie nocleg, dotarliśmy przed południem – przesunięcie czasowe było więc spore, co wymagało od przewodników przeplanowania odcinków trasy. Kolejny kawałek drogi wiódł lasami, które dały nam nieco wytchnienia od słońca. Na jednym z leśnych traktów odbyło się kolejne, jak wierzymy nieprzypadkowe, spotkanie. Idących na końcu grupy przewodników (sic!) zaczepił przejeżdżający kierowca. Dowiedziawszy się, że jesteśmy pielgrzymką, powiedział nam, że mamy się nie poddawać i być wytrwali. Powtórzył to po wielokroć, jakby chciał się upewnić, że utrwalimy to sobie w głowach. Jak się okazało, te słowa bardzo się przydały i miały nam potem dźwięczeć w głowach w najtrudniejszych chwilach pielgrzymki.

Przy wyjściu z lasu zarządziliśmy dłuższy postój na posiłek i regenerację. Chcieliśmy też przeczekać w cieniu największy skwar. Kolejny, kilkukilometrowy odcinek trasy miał prowadzić przez drogę krajową. Początkowo chcieliśmy tego uniknąć i mieliśmy przygotowany alternatywny wariant trasy, zakładał on jednak przeprawę przez Wartę za pomocą promu rzecznego, ale nie mieliśmy gwarancji, że jest on czynny. Wybraliśmy więc pewniejszą, choć wcale nie bezpieczniejszą opcję. Utworzyliśmy zwartą formację, wdzialiśmy odblaskowe kamizelki i ruszyliśmy wzdłuż drogi najszybciej, jak potrafiliśmy. O chłodzący ruch powietrza dbały ciężarówki mijające nas o długość ręki. Doszliśmy tak – z jednym krótkim postojem – aż do Nowego Miasta nad Wartą, gdzie zrobiliśmy zakupy w przydrożnym markecie.

Z drogi krajowej zeszliśmy dopiero w Klęce, gdzie obdarowano nas kubełkiem truskawek. Skierowaliśmy się w stronę Radlina, za którym mieliśmy szukać noclegu. Miejscowość wcześniej – w Radlińcu – trafiliśmy na skrzyżowanie, a przy nim na przydrożny krzyż, za którym znajdował się mały trawnik. Miejsce nam się podobało, a słońce miało się ku zachodowi, więc podjęliśmy decyzję o zanocowaniu w tym miejscu. Zaplanowaliśmy, że położymy się wcześniej i wstaniemy o brzasku, by jak najszybciej wymaszerować. Rozbiliśmy obóz pod drzewem, z którego długo ćwiczyła na nas zrzuty 1. Chrabąszczowa Dywizja Powietrznodesantowa. Tym razem zrealizowaliśmy program duchowy zgodnie z planem, wieczorne modlitwy odmówiliśmy pod krzyżem.

Musieliśmy stanowić nie lada atrakcję i aż dziw bierze, że nie spowodowaliśmy wypadku – chyba nikt z przejeżdżających przez to skrzyżowanie nie powstrzymał się przed popatrzeniem na nas. O dziwo, tylko jedna osoba odważyła się zatrzymać i porozmawiać. Otrzymaliśmy ofertę noclegu w niewykończonym domu, z której jednak nie skorzystaliśmy w myśl zasad, by bez potrzeby nie przyjmować pomocy z zewnątrz. Posłuchaliśmy za to trochę o historii wsi i otrzymaliśmy zaproszenie, na wypadek gdybyśmy jeszcze kiedyś trafili w tę okolicę. Gdy mieszkaniec się z nami pożegnał, poszliśmy spać.

Piątek, 3 lipca – dzień trzeci

Wstaliśmy o 5.00, po śniadaniu i modlitwie ruszyliśmy w dalszą trasę. Za Wilkowyją zaczął się długi leśny odcinek, którego przemierzanie zajęło nam całe przedpołudnie. Ilość mrówek biegających po ścieżce wyraźnie dawała nam do zrozumienia, że przechodzimy przez teren prywatny i jeśli zatrzymamy się choć na chwilę, owady najprawdopodobniej wyniosą nas do mrowiska. Wraz z plecakami, odzieżą i Pieszczochem. Postój zrobiliśmy na jednej z kilku malowniczych polan, które typowaliśmy pierwotnie jako miejsce czwartkowego noclegu. Stojąca na skraju lasu ambona dała okazję do rozejrzenia się po okolicy z nieco wyższej perspektywy niż zwykle.

Po wyjściu z lasu zatrzymaliśmy się pod zadaszeniem obok remizy w Twardowie, gdzie posililiśmy się i przeczekaliśmy południowy skwar. Skierowaliśmy się na Korzkwy, gdzie mieliśmy podjąć decyzję, czy zatrzymujemy się tam na nocleg, czy idziemy aż za Pleszew – do Lenartowic. Ostatecznie poszliśmy do Pleszewa, by zdążyć na wieczorną Eucharystię. Do kościoła pw. Matki Boskiej Częstochowskiej weszliśmy równo z rozpoczęciem Mszy św. Nie wyglądało to na przypadek. Podczas rozdawania Komunii św. ksiądz wikariusz zapytał Szymona i Tomka o to, skąd pielgrzymujemy i jeszcze przed zakończeniem Eucharystii powitał nas oficjalnie jako pielgrzymów z Poznania. Po wyjściu ze świątyni podszedł do nas, by spytać czy zostajemy w Pleszewie, czy idziemy dalej. Daliśmy do zrozumienia, że planujemy tę drugą opcję. Potwierdził, że Lenartowice, które upatrzyliśmy sobie na nocleg, nadają się do tego celu. Dodał jednak, że gdybyśmy jednak zostali, to możemy przyjść do kościoła na godzinę 21.00, na Apel Jasnogórski. Podziękowaliśmy i poszliśmy na poszukiwanie sklepu. Okazało się jednak, że cała drużyna nie podoła kondycyjnie marszowi do Lenartowic. Zdecydowaliśmy, by pozostać w mieście i poprosić księdza o możliwość noclegu na terenie parafii.

W drodze powrotnej do kościoła dołączył do nas Jonasz, młody mieszkaniec Pleszewa. Zaczepił Marcina, pytając o to, jaką mamy misję. Tłumaczył, że widząc grupę mężczyzn w bojówkach, z plecakami, zainteresował się nami i postanowił poznać. Jego zachowanie zdradzało mocno wyostrzoną percepcję. Gdy wytłumaczyliśmy, że jesteśmy pielgrzymką, wdał się w nami w dyskusję na tematy religijne. Okazał się człowiekiem poszukującym. Siedział z nami przed kościołem i dyskutował aż do Apelu. Odszedł z egzemplarzem naszego śpiewnika i programu duchowego. My zaś wróciliśmy do świątyni. Po Apelu rozłożyliśmy śpiwory na trawniku obok kościoła. Po zrealizowaniu wieczornej części programu duchowego i dyskusji, położyliśmy się spać.

Sobota, 4 lipca – dzień czwarty

Dzień rozpoczęliśmy od Mszy św., którą w sąsiednim, zabytkowym kościele odprawił miejscowy ksiądz proboszcz. Okazało się, że z boku głównej nawy znajduje się dokładna kopia obrazu św. Józefa z kaliskiego sanktuarium (przypadek?). Po Eucharystii ruszyliśmy w dalszą trasę. Sobota była bez wątpienia najgorętszym dniem w pielgrzymkowym tygodniu. Spieszyliśmy się, by przed południem dojść do lasów Leśnictwa Zawady, gdzie moglibyśmy schować się przed lejącym się z nieba żarem. Gdy weszliśmy między drzewa, po raz drugi zawiodła nas mapa. Okazało się, że rzeczywiste oznakowanie pieszych szlaków nie pokrywa się z naszymi danymi kartograficznymi. Straciliśmy trochę czasu na szukanie szlaku, który w pewnym miejscu najzwyczajniej się urywał. Gdy go już znaleźliśmy, okazało się, że prowadzi nas okrężną drogą. Pójście „na azymut” nie wchodziło niestety w grę – uniemożliwiały je gęste zarośla. Gdy już nadłożyliśmy drogi i dotarliśmy do oznaczonej na mapie trasy, zdaliśmy sobie sprawę z tego, że jest sobota i sklepy mogą być czynne krócej. Zaczęliśmy się więc spieszyć, by dotrzeć do Turska jeszcze przed godziną 14.00. Drużyna się podzieliła, wysyłając dwóch pielgrzymów przodem, by dotarli jak najprędzej do sklepu i – w razie, gdyby miał być czynny zbyt krótko – dokonali ostatnich zakupów dla całej kompanii. W Tursku okazało się, że sklep jest czynny do wieczora, więc każdy mógł sam zaopatrzyć się w ostatnią porcję prowiantu i wody.

Zatrzymaliśmy się na godzinny postój pod murem turskiego Sanktuarium Maryjnego. Od krzątającej się wokół świątyni starszej pani otrzymaliśmy po obrazku zawierającym reprodukcję miejscowego obrazu. Weszliśmy do świątyni na krótką modlitwę, zostawiliśmy też po sobie ślad w księdze pielgrzymów. Pomaszerowaliśmy dalej w kierunku Macewa, za którym rozpoczęliśmy rozglądanie się za miejscem na nocleg. Mniej więcej wtedy, idąc po niewielkim wzniesieniu, zobaczyliśmy po raz pierwszy Kalisz. I nagle okazało się, że mamy siły śpiewać i potrafimy przyspieszyć kroku. Zaczęliśmy dyskutować o tym, że jak się postaramy, to zrobimy jeszcze te kilkanaście kilometrów i dotrzemy po zmroku do miasta. Zapał jednak nieco ostygł, gdy miejska panorama schowała się ponownie za horyzontem.

Za Popówkiem znaleźliśmy łąkę, którą obozownicy uznali za dobre miejsce na obozowisko. Otrzymawszy od właścicieli gruntu zezwolenie na nocleg, przyrządziliśmy jedzenie, zrealizowaliśmy program duchowy i zaczęliśmy rozmowę, która przeciągnęła się do późna. Gdy się ściemniło, ujrzeliśmy na wschodzie najpierw majestatycznie wschodzący czerwony księżyc, a chwilę później – zaraz obok niego – niebo rozjaśniło się od fajerwerków. Trudno było powstrzymać się od myśli, że to specjalnie dla nas. Po raz kolejny mieliśmy wrażenie, że nic, co podczas tej wędrówki dzieje się z nami i wokół nas, nie jest przypadkowe. W niedzielę mieliśmy wstać o 5.00 i wymaszerować po trzydziestu minutach. Noc była więc krótka, ale – jak się okazało, niepozbawiona ciekawych zdarzeń. Michał zapewne na długo zapamięta widok Marcina realizującego w środku nocy skomplikowaną choreografię z latarką w ręce, czego rezultatem jest efektowna fotografia.

Niedziela, 5 lipca – dzień piąty

Zgodnie z planem o 5.30 szliśmy już asfaltem, mając do Kalisza około dwunastu kilometrów. Od początku narzuciliśmy sobie żywe tempo, by jak najszybciej dojść do celu. Przeszliśmy bez postojów przez miejscowości dzielące nas od miasta i doszliśmy do rogatek. W powietrzu dało się słyszeć radosny krzyk, gdy zobaczyliśmy tablicę z napisem „Kalisz”. Co ciekawe, rosnące obok drzewo z bujnymi gałęziami czyniło ją niemal niewidoczną z drogi. Pamiątkowe zdjęcia wykonaliśmy więc pod dość nietypowym dla tego typu fotografii, ostrym kątem.

Spieszyliśmy się, by dotrzeć na czas, czyli na 8.00, do Domu Pielgrzyma. Ze względu na remonty musieliśmy nadłożyć nieco drogi w mieście. W końcu weszliśmy do centrum, widząc już wieżę Sanktuarium, przyspieszyliśmy kroku i zaczęliśmy śpiewać „W górę serca, bo zwyciężył Lew Judy” – nieoficjalny pielgrzymkowy hymn poznańskiej drużyny.

W końcu, około godziny 8, dotarliśmy pod świątynię. Uradowani, podziękowawszy sobie za wspólny wysiłek, poszliśmy do Domu Pielgrzyma, gdzie mogliśmy się wykąpać i przebrać. O 10.00 zebraliśmy się wraz z pozostałymi braćmi z innych drużyn w parku obok Sanktuarium, by poznać się, wymienić wrażeniami i wspólnie cieszyć z tego, że udało się nam osiągnąć cel pielgrzymki.

O 11.00 zaczęła się wieńcząca pielgrzymkę Msza św., po której udaliśmy się pod obraz św. Józefa na krótką modlitwę. Po niej, zanim jeszcze poszliśmy do Domu Pielgrzyma na wspólny obiad, uformowaliśmy pod kościołem okrąg, padliśmy na ziemię i ofiarowaliśmy św. Józefowi każdy po 10 pompek. Z plecakami. Ot, taka pielgrzymkowa tradycja. Po obiedzie czekał nas ostatni już etap trasy – wędrówka na dworzec kolejowy, z którego pociąg zabrał nas z powrotem do Poznania.

Każdy z nas zmierzył się podczas drogi z własnymi słabościami, wszyscy doświadczyliśmy siły wspólnoty i mieliśmy okazję zarówno nieść pomoc innym, jak i sami ją przyjmować. Wszyscy zgodziliśmy się co do tego, że żaden z nas nie dałby rady, gdyby był pozbawiony wsparcia Pana Boga i współwędrujących braci. Choć doszliśmy do celu zmęczeni, to na pewno wyszliśmy z tej przygody silniejsi duchowo i wzmocnieni w wierze. W końcu nie ma co płakać, bo „oto zwyciężył Lew z pokolenia Judy”! (Ap 5,5).

tekst: Mateusz Czekała

fotografie: Marcin Gołyźniak

© 2014 Lew Judy - Poznań